
„Odejmij własne straty od strat przeciwnika, a jeśli otrzymasz liczbę dodatnią, było to wspaniałe zwycięstwo.” Martwy Filozof
I Przygotowania do Bitwy
A więc bitwa! Pierwszy raz od tysiąca lat zbrojne zastępy krasnoludów przekraczały prastare wrota Karak An. Na czele kroczyło Trzech. Za nimi maszerował oddział gwardyjski, topornicy, kusznicy… Mieli ze sobą nawet działa, ciągnięte przez mocne woły!
Jeszcze kilka dni wcześniej nic nie zapowiadało, że Karak An zdecyduje się tak otwarcie wmieszać w losy ludzi. Krasnoludy zawsze honorują swoje zobowiązania – między nimi a Roshald nie było jednak umów czy obietnic innych niż handlowe. Gdy więc zmęczeni posłańcy przybyli do Karak An błagać o pomoc w obliczu nadciągającej inwazji orków, narada była długa.
Wiele podnoszono podczas niej argumentów.
Na jednej szali postawiono niechęć do orków i pomoc, której przed laty udzielała im Roshald. Również szlak handlowy biegnący przez jej ziemie, a teraz zagrożony atakiem ciążył na tej szali.
Na drugiej spoczęła troska o własnych pobratymców, którzy niechybnie zginą podczas zapowiadanej bitwy. Tysiące orków to siła z jednej strony godna pogardy, z drugiej wystarczająco duża, by się z nią liczyć.
Wtedy dopiero Trzech stało się prawdziwymi przywódcami. Zdecydowali się pomóc ludziom – a ta decyzja na zawsze wpłynęła na Karak.
Oszczędzę Wam opisów przygotowań. Dość rzec, że wielką bramę przekraczało dwanaście dziesiątek wojowników – prawie dokładnie jedna trzecia krasnoludów mieszkających w Karaku. Samych ochotników, wyposażonych w dobre pancerze i potężną broń. Z prastarym śpiewem na ustach wyruszali w bój, by wspólnie z ludźmi odeprzeć atak zielonoskórych. Od wielu już lat nie zawiązał się w tej części świata podobny sojusz. Od wielu już lat krasnoludzkie plemię nie rzucało tak otwarcie rękawicy swoim wrogom.
Szlak, chociaż z grubsza znany przyniósł jednak wędrowcom niespodziankę. Do tej pory przemierzali go przede wszystkim ludzcy handlarze i kupcy, odbierający towary z Karaku. Zbyt mało zasiedlało go krasnoludów, by mogli się zajmować również transportem – chociaż oczywiście istniały takie plany. Zatem dla wielu spośród nich była to pierwsza wędrówka szlakiem w stronę Księstwa Roshald. Po tym jak odparli niewielki atak goblinów i orków natrafili na coś, czego nie spodziewali się spotkać.
W miejscu gdzie trakt zbliżał się do rzeki, wybudowano fort, którego bryła zlewała się z sąsiadującą skałą. Zasłaniał widok na górny nurt rzeki, a jednocześnie strzegł szerokiej zatoki i fragmentu traktu prowadzącego bezpośrednio do Karak An. Skały tworzyły tutaj szeroki wąwóz, nie dało się więc ruszyć w stronę Karaku nie mijając fortu… Najeżonego platformami dla dział i otworami strzelniczymi dla kuszników. Niegdyś była to pierwsza linia obrony Karaku – z jednej strony strzegąca miejsca, w którym Podziemna Rzeka wypływała na powierzchnię, z drugiej chroniąca podejścia pod Bramę. Dzisiaj fort dalej wydawał się w dobrym stanie – chociaż we frontowych murach ziało kilka dziur wymagających naprawy.
Dalsza podróż upłynęła Krasnoludom be zakłóceń, a ledwie kilka dni później obwieszczali hukiem armat swoje przybycie do stolicy księstwa – Gatendorfu.
Ludzie przywitali ich entuzjastycznie. Rozlokowali wojowników we własnych domach. Nakarmili i zaprosili na wiele małych uczt. Trzej zaproszeni zostali na zamek.
Dobrze byłoby Wam wiedzieć, jak wyglądała osada. Zamieszkiwało ją kilka tysięcy ludzi, była zatem całkiem spora. Otoczona drewnianą palisadą, z mnóstwem krytych gontem lub strzechą domostw – przeważnie budowanych z drewna. W centralnej części znajdował się plac targowy, a po wschodniej stronie wyrastał otoczony murem kasztel – siedziba Księżnej.
To tam odbyła się uczta i narada. Ta pierwsza prawie skończyła się skandalem, bowiem niemalże pozwolono elfom biesiadować przy wspólnym stole. Got-Bin i Got-Grom bezzwłocznie zdecydowali się ostrzec mieszkańców osady o nowym zagrożeniu, które już sforsowało mury – podczas gdy Morgrim uczył w tym czasie wolno myślących spiczastouchów historii. Koniec końców, wygnano ich z Sali jadalnej. Moglibyście pomyśleć, że również elfy przysłały kogoś, by pomógł ich partnerom handlowym i przyjaciołom w godzinie próby.
Otóż nie. Elfy uciekły, zanim bitwa się rozpoczęła.
Nic to jednak. Jak wiadomo, elfy tchórzliwe ponad wszelką miarę są, więc ich ucieczka jakkolwiek rozczarowująca, z pewnością jednak nikogo nie zaskoczyła.
Gdy dolegliwości będące naturalną pochodną każdej dobrej uczty minęły, rozpoczęła się narada. Było to doświadczenie nowe dla Trzech. Pierwszy raz brali udział w planowaniu bitwy tak wielkiej.
Uczestnicy spotkania dysponowali szczegółowymi danymi – jednak ich zdobycie zostało okupione ludzką ofiarą. Trzech ludzkich zwiadowców wyruszyło penetrować lasy, w których jak przypuszczano znajdowało się leże zielonoskórych. Wrócił tylko jeden, ranny.
Najpierw życie oddał jego przyjaciel, po to tylko, by umożliwić mu ucieczkę, wraz ze zdobytymi informacjami. Osierocił dzieci. Nigdy więcej nie miał się już napić piwa. Zginął przeszyty dziesiątkami orczych strzał.
Gdy już niemalże słyszał rżenie przywiązanego na skraju lasu konia, orki dogoniły go po raz drugi. Wtedy to również potężny skurcz dopadł jego dowódcę, przedzierającego się przez las wraz z nim. Odmawiając pomocy i każąc najmłodszemu spośród zwiadowców uciekać, chwycił łuk i własnym poświęceniem zapewnił dość czasu, by informacje trafiły w ręce Roshald.
Zatem zgromadzeni dzisiaj przy stole wiedzieli, że bitwa miała być naprawdę wielka – a przewaga orków ponad czterokrotna. Budowali maszyny oblężnicze, towarzyszyły im oddziały pancerne, katapulty, balisty… Krótko mówiąc, to nie była dzika banda z gór. Zielonoskórzy byli dobrze przygotowani, by wziąć stolicę. Niezbyt to w ich stylu, jednak wiedziano chociaż, z czym przyjdzie zmierzyć się dzielnym obrońcom. A czasu na przygotowania nie było wiele.
Wykorzystano go jednak dobrze. Wykonane z drewna miasto bardzo podatne jest na pożary – przygotowano więc ludzi w walce nie biorących, do ich gaszenia. Wzmocniono bramy oraz zbudowano dodatkowe pomosty, z których strzelcy razić mogliby nieprzyjaciela. Umieszczono na bramach armaty, które wspierać miały obronę. Wreszcie wykopano rozległy system wilczych dołów i pułapek, a także tunel prowadzący na spodziewane tyły pracownika – co by można mu było sprawić mało niespodziankę w godzinie, w której najmniej by się jej spodziewał. Po trzech dniach Obrońcy byli gotowi. Ani chwili za wcześnie – bowiem właśnie wtedy dostrzeżono Nieprzyjaciela.
II Bitwa!
Jak już wspomniałem, siły orków były potężne. Gigant, katapulty, przedziwne maszyny pełne ostrzy, wieże oblężnicze, czarni orkowie, wyrzutnie goblinów, squigi i całe mnóstwo innych zielonoskórych. Naprzeciw nim stanęły Siły Dobra – ponad setka krasnoludów, kawaleria Roshald, najemnicy i naprędce zmobilizowani chłopi. Chociaż prawdziwych wojowników było pośród nich ledwie nieco ponad dwie setki, nadrabiali pancerzem, bronią i wyszkoleniem. Chłopi bronili za to swoich chałup i domów – pełni więc byli ponurej determinacji i gotowi na bitkę ich życia.
Dla obrońców bitwa zaczęła się dobrze. Giganta zabito jeszcze zanim dobiegł do samego muru. Chociaż silny, to jednak nie dość silny by łapać kule armatnie.
Na Grungniego, cóż to była za kreatura! Wyprostowany dwukrotnie przewyższał mury! Orkowie wokół niego przypominali mrówki kłębiące się u stóp… Cóż, olbrzyma. Jego maczuga przypominała cały pień dorodnego drzewa, a paszcza dość była wielka by całą krowę w niej pomieścić. Dobrze, że zginął, zanim zdążył zaatakować mury.
Dziesiątki, jeśli nie setki orków powpadało w zastawione na nich pułapki a ich krzyki wypełniły pole bitwy dźwiękiem zawsze dla krasnoludów miłym. Nie zmniejszyło to odwiecznej urazy, ale też śmierć miliona orków mogłaby nie wystarczyć, by to zrobić.
Chociaż jednak olbrzyma i pierwsze natarcie udało się zatrzymać niemal bez strat, to jednak koncentracja ognia w jednym miejscu pozwoliła orkom na rozwinięcie ich ataku. Łatwo liczyć na grubość i siłę murów, wychowując się w Karaku. Tego dnia jednak obrońcy mieli do dyspozycji o wiele skromniejsze fortyfikacje. Smukłe drzewa z których wykonano palisadę z jednej strony broniły dostępu do miasta, z drugiej nie były zaporą nie do powstrzymania. W ich stronę rzuciły się setki orków – część wyposażona w tarany, część w drabiny.
Na ich paskudne czerepy posypał się prawdziwy deszcz. Nie tylko strzał i bełtów, ale również kamieni, cegieł i wszystkiego innego, co obrońcy mieli akurat pod ręką. A by dotrzeć po mury omijać musieli pułapki pełne ich martwych kompanów. Wielu z nich zginęło w czasie natarcia – a jednak ci, co ocaleli zaczęli powoli przedzierać się na mury.
Obrońcy od stóp do głów umazani ich krwią odpierali atak za atakiem. Słońce w tym czasie wspięło się wysoko na niebo. Gdyby nie walka, dzień wydawałby się piękny – niedługo przed zbiorami pola pachniały ziemią i porastającymi je kwiatami. Bezchmurne niebo normalnie sprzyjałoby pracy dorosłych i zabawie dzieci.
Jednak nie dzisiaj.
Najwięcej zniszczeń poczyniły katapulty. Zanim kierowane przez Got-Groma działa nie zniszczyły ich na dobre, to orkom udało się zrobić kilka wielkich wyrw w palisadzie. Na tyle wielkich, że to na trzech z nich skupił się atak nieprzyjaciela.
Trzech również krasnoludzkich bohaterów walczyło tego dnia. Każdy z nich rzucił się na inny odcinek frontu.
Oto Got-Grom otoczony dwoma oddziałami krasnoludów własnymi ciałami bronili miasta przed nacierającą hordą squigów i ich poganiaczy. Widzieliście kiedyś taką bestię? Przypomina beczkę wypełnioną zębami. Głupią, a krwiożerczą. Silną jak tur i posłuszną woli swoich panów. Właśnie takie kreatury rzuciły się na kilka tuzinów obrońców. Katapulty zniszczyły cały fragment palisady, wyrwa była więc zbyt szeroka, by móc bronić jedynie wąskiego przejścia. Pierwsza linia krasnoludów mocno zaparła się w ziemi, kuląc się za swoimi tarczami i przyjmując na siebie przerażający impet uderzenia. Ich stojący z tyłu towarzysze zrobili użytek ze swoich toporów, bez wytchnienia tnąc szarżujące kreatury. Krasnoludy zalewały kolejne fale posoki, którą broczyły squigi. Te jednak dalej nacierały. A obrońcy metr za metrem cofały się… Nadeszła jednak pomoc.
Got-Bin jako pierwszy skoczył do walki. Wraz z nim wyruszyli gwardziści, zakuci w mocne zbroje i trzymający w dłoniach wielkie topory. Jakaż była to siła! Posępne krasnoludy jeden za drugim rzuciły się w stronę bramy, którą atakowały nacierające grupy orków. Wzbierające fale zielonoskórych nie były wyzwaniem dla tych potężnych wojowników. Jeden po drugim padały u ich stóp z czasem tworząc prawdziwe sterty trupów, pośród których broniły się coraz bardziej zmęczone krasnoludy. O ile bowiem ostrza orków nie wystarczyły by ich powalić – o tyle walka w pełnym słońcu i ciągły maraton wyprowadzanych i parowanych ataków doprowadziły ich na skraj wyczerpania. W czasie gdy bronili bramy, ludziom udało się ją wzmocnić i na nowo zamknąć. Cel został osiągnięty! Got-Bin szybkim okiem ocenił sytuację. Skąpany we krwi przypominał samego Grimnira w dawnych dniach. Widząc, że oddział jego brata jest w niebezpieczeństwie wydał z siebie okrzyk i wraz ze swoimi krasnoludami rzucił mu się na pomoc, przedzierając się przez kolejne grupy orków. Coraz rzadsze.
Bitwa bowiem powoli zaczynała chylić się ku końcowi.
Co w tym czasie robił jednak Morgrim? W czasie gdy Got-Bin i Got-Grom powstrzymywali kolejne oddziały orków zauważył, że sam wódz nieprzyjaciela ruszył do ataku. Dwa razy wyższy od innych zielonoskórych i otoczony swoją gwardią nacierał w stronę ostatniej z wyrw w murach. Straszna to była siła. Orkowie zakuci w stalowe pancerze i dzierżący wielkie siekacze stanowili dla ludzkich obrońców wyzwanie, z jakim ci nigdy w życiu się nie mierzyli. Zakrzyknął więc Morgrim gromko, zbierając wokół siebie tych najemników, którzy byli w stanie utrzymać jeszcze broń. Wolałby mieć wokół siebie swoich pobratymców, ale nie zawsze można sobie wybrać pole walki. Otoczony naprędce zebranym oddziałem rzucił się w stronę samego Moraga, wielkiego orka, który dowodził atakującą właśnie Gatendorf armią.
Niejedną pieśń napisali później mieszkańcy Księstwa oglądający ten pojedynek z murów. Morgrim nawet do pasa nie sięgał wielkiemu orkowi zakutemu w czarne blachy. Zielonoskóry w garści trzymał wielką broń. Każde jej uderzenie z pewnością mogłoby ścinać drzewa, lub przecinać zwykłych śmiertelników w pół. Morgrim nie był jednak zwykłym śmiertelnikiem. Jak każdy krasnolud, był zdecydowanie zbyt uparty by złożyć głowę przed jakimś orkiem. W chwili próby widział przed oczyma każdą urazę, którą wywołali zielonoskórzy. Wspominał każdy ich występek. I mimo tego, że każdy kolejny cios wielkiego orka bezlitośnie ciął jego pancerz i powodował nowe rany, to jednak Morgrim walczył. Z dumnie uniesioną brodą i ponurą determinacją w oczach nie cofał się nawet o piędź. Jego czoło rosiła nie tylko krew ale i pot, bo z coraz większym trudem odpierał kolejne ataki. Jednak to nie był dzień, w którym przyszło mu powitać Grungniego w wielkich halach przodków. Również jego ciosy zostawiały na Moragu ślad za śladem. Potężny runiczny młot uderzał co prawda rzadziej, ale każdy cios sprawiał, że Morag się cofał.
Również najemnicy wsławili się tego dnia, mimo ciężkich strat wytrwale walcząc z przeciwnikiem.
W tym czasie bracia oczyścili twierdzę z niedobitków. Got-Bin wraz ze swoim oddziałem powstrzymywali kolejne fale szarżujących nieprzyjaciół, podczas gry Got-Grom w zuchwałym akcie odwagi postanowił wykorzystać tajną drogę, prowadzącą na tyły nieprzyjaciela. Skrzyknął wokół siebie kilka dziesiątek chłopów i nieco ocalałych krasnoludów. Wraz z nimi zstąpił w czeluść tunelu i ruszył do walki. Wraz ze swoim oddziałem zaatakował zielonoskórych z zupełnie nieoczekiwanej strony. Nie spodziewali się ataku, ich obrona była więc nieskładna i szybko przerodziła się w prawdziwą rzeź.
Pojedynek między Morgrimem a Moragiem również dobiegał końca. Ciężko ranny krasnolud w końcu wypatrzył lukę w obronie nieprzyjaciela. Potężny cios jego runicznego młota praktycznie zmiażdżył czaszkę wodza orków. Na chwilę na polu bitwy zaległa absolutna cisza. Każdy przestał walczyć patrząc na osuwające się powoli zwłoki Przeciwnika. Pierwsi doszli do siebie obrońcy, z nową energią atakując nieprzyjaciół. Got-Bin i Got-Grom wykorzystali ten moment do nowej szarży, podczas gdy ledwo żywo Morgrim rzucił się na najbliższych gwardzistów Moraga.
Bitwa była wygrana. Wśród salw dział i ostatnich bełtów niedobitki plugawej armii zielonoskórych rzuciły się do ucieczki. Spośród ponad dwóch tysięcy orków i goblinów ledwie kilka dziesiątek uszło tego dnia z życiem.
Oto pierwsze wielkie zwycięstwo armii Karak An.