S1. Historia Zabijaki Trolla

Wędrowaliśmy już kilka tygodni, wyglądało na to, że w końcu się jednak zbliżamy do celu. Nazywam się Algrond i pochodzę z klanu Allag. Od kilku lat jestem sierżantem w Oddziałach Gwardyjskich Karak-An. Jednak moja droga do tego miejsca zaczęła się niespodziewanie.

Słyszałem wiele o potędze Twierdzy. Pamiętam, jak dumny byłem, że nasi pobratymcy odbili ziemie swoich przodków. Razem z moim przyjacielem, Logaz-Gilem mieszkałem wtedy w Imperium. Imaliśmy się różnych zajęć. Wszystko, żeby zarobić na życie i kufelek piwa. On jest świetnym kucharzem, podczas gdy ja nieźle robię mieczem – zawsze więc udawało nam się znaleźć jakąś pracę. Nie byliśmy bogaci, ale niczego nam nie brakowało.

Jednak gdy usłyszeliśmy, że w Karaku nie tylko czekają nas zwolnienia podatkowe, ale będziemy mogli zacząć życie od początku… Powiedzieć, że byliśmy chętni to nic nie powiedzieć. Cały nasz dobytek wymieniliśmy na rzeczy, które mogłyby się nam przydać, gdy dotrzemy do Karaku. Mieliśmy więc ze sobą zapasy, narzędzia, rozmaite zapasy. Byliśmy gotowi na długą wędrówkę i nowe życie.

Trakty okazały się bezpieczniejsze, niż sądziliśmy. I tak po kilku tygodniach przecinaliśmy zbocze kolejnej góry, gdy zaskoczyła nas burza tak gwałtowna, jak to czasem bardzi opowiadają w pieśniach. Natychmiast niebo zrobiło się czarne, a każdy podmuch wiatru mógł nas zdmuchnąć w przepaść.

Grungni był jednak dla nas łaskawy. Znaleźliśmy w tych warunkach niewielką jaskinię, w której się schroniliśmy. Ślady w środku wskazywało na to, ze czasem korzystają z niej zwierzęta – tym razem jednak nie zastaliśmy lokatora. A szkoda… Pieczone łapy niedźwiedzia to królewski delikates. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że grota prowadzi głębiej pod ziemię. Ciekawość zwyciężyła nad przezornością – postanowiliśmy zbadać znaleziony korytarz. Sami ocenicie, czy to był błąd.

Początkowo prosty korytarz kończył się coraz większą stromizną. Logas-Gil, chociaż ode mnie zręczniejszy, poślizgnął się i runął w dół. Szybko wyciągnąłem linę i ruszyłem za nim – licząc, że mój przyjaciel przeżył upadek. Martwiłem się niepotrzebnie – tunel kończył się nagle – a spadek prowadził bezpośrednio do czegoś, co musiało być podwodnym jeziorem lub rzeką. Mój kompan już się gramolił na wysoki i ociosany ewidentnie przez krasnoludy brzeg, kiedy w końcu tam dotarłem.

Szybko znaleźliśmy drogę w głąb skały. Tunel, którym się tutaj dostaliśmy był dla nas praktycznie niedostępny. Wiem, że teraz kończy się kratą – wtedy jednak musielibyśmy wspinać się lepiej od pająków, by dostać się na górę. Ruszyliśmy więc w głąb licząc, że skoro ktoś niegdyś zadbał o to miejsce, to w końcu znajdziemy inne wyjście.

Wyobraźcie sobie, że znaleźliśmy! Odnaleźliśmy klapę, którą dostaliśmy się do ogromnego podziemnego miasta! Dzisiaj wiem, że był to jeden z poziomów Karak-An. Wyobraźcie sobie jednak nasz zachwyt wtedy! Po tygodniach wędrówki nasze pochodnie oświetlały setki domostw tworzących podziemne miasto. Warsztaty rzemieślników, place targowe, mieszkania, domy, sklepy, wille. Nigdy nie widziałem tak wielkiego miasta. A dzisiaj wiem, że to jedynie jeden z poziomów Karaku.

Znalazła się jednak również praca dla mojego topora i tłuka Logas-Gila. Poziom bowiem pełny był pająków. Teraz nie brzmi to tak strasznie. Ale wtedy, w ciemności rozpraszanej jedynie przez światło latarni i dawne tunele świetlne, w nieznanym miejscu z coraz większym niepokojem próbowaliśmy znaleźć wyjście. Naszą drogę znaczyły truchła tych potworów, jednak wiadomo było, że nie przetrwamy wiecznie. Próbowaliśmy więc obejść ogromną pieczarę szukając windy lub schodów prowadzących na górę.

Kiedy już je znaleźliśmy, czekało nas kilka niespodzianek. Po pierwsze, mechanizmy dawno już przestały działać – windę napędzała więc przede wszystkim siła naszych mięśni. W czasie gdy my powoli, metr za metrem, sunęliśmy w górę to w okolicy zbierały się pająki. Widzieliśmy ich wiele i mimo, że próbowaliśmy spalić ich pajęczyny – wrogów przybywało. Obaj walczyliśmy z własną słabością kręcąc starożytnym kołowrotem, by jak najszybciej dotrzeć wyżej. Nie wiedzieliśmy wtedy, że jesteśmy w Karaku – chociaż to podejrzewaliśmy. Mieliśmy więc nadzieję, że na wyższych poziomach znajdziemy przyjazne twarze. Biegiem puściliśmy się korytarzem, do którego dowiozła nas winda.

Zamiast jednak znaleźć krasnoludy, znaleźliśmy się w porcie.

Jakże byliśmy wtedy zdziwieni! Krasnoludy wszakże unikają wody, to jednak był prawdziwy port. Wiecie: magazyny, składy, żurawie, rampy, doki, keje… No jednym słowem wszystko. Nie było tu co prawda żadnych statków, jednak wciąż trudno nam było ukryć zdziwienie. Wydawało nam się, że nad brzegiem zobaczyliśmy nawet trolla – a gdy się obejrzeliśmy, pająków nie było. Być może bestia je wystraszyła? Sami po cichu próbowaliśmy zbadać okolicę – jednak nie znaleźliśmy nic ciekawego.

Logas-Gil jest krasnoludem odważnym, ale roztropnym i pewnie stąpającym po ziemi. Ja muszę przyznać, że byłem wtedy młody i porywczy. Nie wiem dzisiaj, co podpowiedziało mi, że powinniśmy we dwóch zaatakować trolla kiedy ten spał. Chyba tylko młodzieńczą brawurą mogę swoją nieodpowiedzialność tłumaczyć.

Dość rzec, że co sobie pomyślałem, to spróbowaliśmy zrobić. Podkradliśmy się do jego leża, by zaatakować go z zaskoczenia. Jak wiele planów ten również jednak nie przetrwał kontaktu z rzeczywistością. Zobaczyliśmy co prawda dziesiątki pajęczych trucheł – więc zrozumieliśmy, czemu nie chcą się tutaj zapuszczać – jednak obudziliśmy też trolla starając się go po cichu podejść.

W tym samym swoją okazję zobaczyły pająki – bo zaatakowały nas od drugiej strony. To w walce z nimi mój przyjaciel ranny został.

Ja rzuciłem się na trolla sam. Miałe swój topór, tarczę i niewielki rozum – trudno o lepszą zbroję. Już pierwszy cios potwora niemalże mnie ogłuszył. Nie było jednak odwrotu. Logas-Gil dzielnie radził sobie z pająkiem, chociaż z niepokojem zerkał na kolejne – ja chyba tylko za sprawą chroniącego młodych Grungniego dałem radę pokonać trolla.

Moi przodkowie nie uwierzyliby, że tak szybko zostałem zabijaką trolli! Teraz ten pseudonim budzi przede wszystkim mój uśmiech, ale wtedy nie zalałem naszej kultury tak dobrze jak dzisiaj. Wstyd się przyznać, ze uważałem się za zabójcę trolli – skoro takiego w walce położyłem.

Dzisiaj jestem mądrzejszy.

Na szczęście obaj wyszliśmy z tej walki cało, a już wkrótce trafiliśmy na wyższe poziomy.