III. Trudne Negocjacje

Mówi się, że nieproszony gość umieć musi przynajmniej wejść w porę. Dawne to krasnoludzkie powiedzenie, pierwszy raz od wieków jednak tak trafnie wobec ludzi użyte być może. 

Za orkami bowiem podążały właśnie człeczyny. Jak się okazuje, od dłuższego czasu tropiły stado, które ośmieliło się zaatakować Karak-An. Parszywe kreatury. Orki znaczy. 

Ale zanim o człeczynach. Trzeba Wam wiedzieć, że nasza wędrówka do Karaku nie była ani prosta, ani krótka. W drodze przewędrowaliśmy kawal Bretonni – tam najłatwiej było nam zebrać zapasy, jednocześnie nie narażając się na to, że ktoś naszą wyprawę spróbuje powstrzymać, zanim na dobre wyruszymy. Zresztą, to tam Got-Grom podłapał ich język. Nie jeden raz umiejętność ta mu się przydała w kolejnych dziesięcioleciach… Ale nie uprzedzajmy innej opowieści. 

No więc wędrowaliśmy od strony Bretonni. Tam przekroczyliśmy pierwsze górskie przełęcze, tam też odnaleźliśmy Starą Krasnoludzką Drogę. Tak w ogóle, to chyba czas najwyższy uruchomić tamten szlak. Co jak co, ale zacną broń i zbroje ich rycerze kupią w każdych ilościach. Wędrowaliśmy sobie więc przez Góry, aż zaleźliśmy Bramę. Dokładnie tam, gdzie powinna się znajdować według prastarych kronik. Nie było łatwo ją otworzyć – run, które wyryto na bramie wystarczyłoby, żeby obdzielić ze dwadzieścia Karaków. Ale udało nam się znaleźć wejście. Widzicie, do czego zmierzam?

Na Grungniego, jak to nie?! No cóż, sukcesy dydaktyczne pierwszej Karakowej Szkoły Publicznej porównywać można jedynie ze słownymi bataliami wygrywanymi przez naszych Konsularzy… No nic.

Rzec chciałem, że nie znaliśmy sytuacji w dalszej okolicy. Niegdyś Karak znany był wszystkim. Trzymał pieczę nad kilkoma szlakami handlowymi, a towary swoje sami spławialiśmy aż po Długie Morze. Wiele wieków od tego dnia minęło a tereny między górami a wodą zajęły człeczyny. To tak zwane księstwa graniczne – małe państewka tworzone przez wyrzutków, idealistów i bandytów z całego świata. Wystarczy zebrać zbrojną drużynę, trochę ludzi, którzy za Tobą pójdą i już – zakładasz sobie księstwo. Bez tradycji, bez historii… Smutne to tak, że muszę tę myśl przepić miodem. 

No i jedno z tych księstw rozłożyło się niemalże u progu naszego Królestwa, bo ledwie kilka dni drogi od nas swoje granice wytyczając. Myśleliście, że zapomniałem, o czym ta historia? Otóż nie! To właśnie z Księstwa Roshald pochodził Herbert Schwarzenberger. Zapamiętajcie nazwisko, bo nie raz jeszcze pojawi się w moich opowieściach. 

Herbart to chłop na schwał. Duży, barczysty i lubi dobrze wypić. Tak to właśnie poznaliśmy naszych sąsiadów – człeczyna prowadził ze sobą kilkudziesięciu jeźdźców, którzy w pień wycięli te orcze niedobitki, które próbowały dać drapaka przez bramę. Tak ich zdziwiło, że komuś udało się poruszyć runiczne wrota, że aż wjechali do środka. Byłem tam. Gdybyście słyszeli żal w głosie mojego krewniaka, który zmuszony był ich zwolnić z podatków za pomoc, której nam udzielili…

To dobry moment, żeby przypomnieć, że nasza wyprawa nie była zbyt duża. Nieco ponad tuzin nas przeżył – mieliśmy ze sobą dwa wozy, a żywność mogła nam wystarczyć najdalej na kilka dni. Nie stał za nami żaden król czy inny władca, tylko szliśmy po swoje – więc też tylko swoje oszczędności mogliśmy przeznaczyć na wyposażenie wyprawy. Herbert opowiedział nam o tym, jak wygląda sytuacja w okolicy. To z jego relacji dowiedzieliśmy się, kto zasiedlił okoliczne krainy oraz na jakie niebezpieczeństwa należy uważać. On i jego ludzie biwakowali z nami przez dobrych kilka dni, zanim wyruszyć musieli powiadomić o wszystkim swoją władczynię – zostawili nam jednak wszystkie zapasy, które nie były im niezbędne. 

Ludzie mówią, że przyjaciół poznają w biedzie. My co prawda bitwę wygraliśmy, gdy nadciągnął Schwarzenberger, jednak nie ma co ukrywać – pomógł nam. Pierwsze tygodnie i miesiące w Karaku były skromne – nie to co teraz. A nie dość, że to pierwszy człeczyna, który nam pomógł, to jeszcze nie chciał niczego w zamian. Grungni, pozwól mu spotkać tego ich Sigmara. 

No, ale miały być trudne negocjacje…

Kilka tygodni później gości pod bramą zrobiło się więcej. Roshald przysłała swoich emisariuszy. I zrobiła to dobrze, bo razem z nimi przysłała w geście dobrej woli kilka wozów pełnych zaopatrzenia. To plus.

Eh, młodzieży… Powiedzieć, że Ci jej emisariusze mogliby się uczyć od naszych Konsularzy, to nic nie powiedzieć… A mówimy o tych samych Konsularzach, którzy nie daliby rady pożyczyć solniczki w kopalni soli… 

No negocjacje były trudne dla nich. Pogadaliśmy, popiliśmy, znowu Got-Grom nikogo nie oclił i stanęło na tym, że przyznali, że tereny nasze ich księstwo zajmuje nielegalnie, a ta ich księżna to chyba wcale nie jest księżną i w ogóle to przepraszają, że istnieją. Tak skonstruowany dokument oczywiście mogliśmy podpisać. Zgodziliśmy się również na uruchomienie szlaku handlowego między naszymi włościami. Już rozgrzewaliśmy wtedy kuźnie, a dalej potrzebowaliśmy żywności. Wiadomo, że Grimnir nie po to dał nam topory, by orać nimi w ziemi. 

Jednocześnie do Karaku przybyły niziołki, również chcąc negocjować. 

Nie przedłużając:

Z Roshald dogadaliśmy się, z niziołkami dogadaliśmy się – oszukać nas co prawda chciały, ale do umowy dopisaliśmy, że prawo Karaku ponad umowami stoi – więc im miny zrzedły. I wszystko zdawało się iść ku dobremu…

No i tu nastąpił akcji zwrot. 

Bo poddani nasi chorować zaczęli! Transport od Roshald okazał się, jak przypuszczamy, zatruty! Norgrina dalej z nami nie było, zebraliśmy więc się we trzech i z toporami gotowymi do bitki wyruszyliśmy, by wyjaśnić po krasnoludzku to nieporozumienie. A że oni mieli tylko jedną armię, to wynik starcia zdawał się być przesądzony! Natrafiliśmy w swojej podróży na wiele plotek i śladów. Na tyle wiele ich było, że udało nam się ułożyć te układankę. 

Roshald nie zawiniła. Gorąco przepraszała i kolejne karawany pod strażą zaczęła wysyłać. Również woła, który padł otruty zastąpiła nam dwoma silnymi zwierzakami. Jej karawanę, tę zatrutą, napadli najemnicy najęci przez handlowe księstwo przez te plugawe niziołki reprezentowane. Wybili część obsługi, zatruli towary a pozostałych wysłali pod groźbą niechybnej śmierci i w eskorcie swoich ludzi do nas. 

Tak mi coś śmierdziało, jak przywieźli swoje towary. Strachem śmierdziało. Przerażeni byli, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy czym. Wytropiliśmy ich jednak później i wszystko stało się dla nas jasne. 

Nie można ufać niziołkom. Tylko by żarły lub spółkowały ze sobą i poza nielicznymi wyjątkami brakuje w nich honoru. Nawet te dwa co przyjechały negocjować. Rozalia wysłała wozy pełne zapasów, a te dwa skąpce butelkę brandy… Już wtedy powinniśmy podejrzewać, że coś jest nie tak. 

Śledztwo utwierdziło nas w przekonaniu, że warto robić interesy z Roshald, a nie warto mieć nic wspólnego z tymi zaplutymi pokurczami i ich królestwem. Kolejne lata przyniosły nam dostatek i morze złota, które zarobiliśmy na tej umowie. Nigdy więcej naszym poddanym głód nie zaglądał w oczy, a nasze wyroby szeroki strumieniem pomknęły w świat. Kolejne lata pokazały, że Roshald to prawdziwi przyjaciele – pierwsi, których spotkaliśmy na swojej drodze jako rada Czterech. 

Uraza pozostała jednak w księdze, najwyższy więc czas pomyśleć o jej pomszczeniu.