
Kiedy Rada Czterech ruszyła penetrować dolne poziomy nam przypadło inne zadanie. Mieszkaliśmy razem z Logas-Gilem już od kilku lat w Karak-An, urządziliśmy się więc nieźle. Zgodnie ze wszystkim, co sobie obiecywaliśmy – to miejsce po prostu czekało, aż ktoś do niego przybędzie i zacznie nowe życie. Nie trzeba było wydawać setki monet na miejsce, w którym można by zamieszkać – wystarczyła odrobina fachu w ręku, by naprawić jedną z dawnych krasnoludzkich siedzib.
Tak spędziliśmy pierwsze miesiące w Karaku. Naprawiliśmy domy, które teraz zajmujemy i gospodę, którą dzisiaj prowadzi Logas-Gil. Położona w dobrym miejscu, niedaleko siedziby Konsularzy wiecznie pełna jest mieszkańców spragnionych piwa i świeżych plotek.
Ja służę w wojsku. Got-Bin szybko się na mnie poznał, mam więc honor być sierżantem w korpusie gwardyjskim. Ale wraz z honorem są też obowiązki. Tego ranka na misję mnie popchnął właśnie obowiązek, a Logas-Gila wizja ulgi podatkowej. Jak za dawnych dobrych czasów we dwóch wspinaliśmy się krętą klatką schodową. Niegdyś obok niej znajdował się szyb windy – dawno jednak został zasypany, a dopiero my mieliśmy sprawdzić gdzie prowadzą schody – i czy warto podejmować się trudu odgruzowania tego przejścia.
3674 schody prowadzą na górę. Pytacie, skąd wiem? Otóż większość z nich była dla mnie mordęgą, liczyłem więc skrupulatnie. Na górę obaj dotarliśmy przepoceni i zmęczeni. Nie tak zaczynają się przygody śpiewane przez bardów. Prawda jest jednak taka, że życie rzadko kiedy ma z nimi coś wspólnego. Oto więc staliśmy na szczycie schodów – a właściwie na dość szerokiej półce skalnej, na którą nas wyprowadziły.
Na powierzchni!
Rozumiecie? Schody, które swój początek brały w samym Karaku prowadziły na powierzchnię! Dobrze, że zawsze wystawiano u ich stóp warty – teraz pewnie doda się do nich kilka par krat i bram, odgradzających swobodną drogę nieprzyjaciołom.
Przed oczyma mieliśmy zaczynający się po drugiej stronie półki korytarz znowu prowadzący w głąb Góry, oraz samotna wieżę strażniczą, która górowała nad otoczeniem.
Nie zaskoczę chyba nikogo mówiąc, że zaczęliśmy od zbadania wieży. Zmęczeni wędrówką po schodach potrzebowaliśmy chwili wytchnienia. Niegdyś strażnica musiała być ważnym punktem obserwacyjnym. Z góry rozpościerał się cudowny widok na okoliczne góry. Słońce oświetlało je swoim miękkim światłem sprawiając, że okolica wydawała się niemalże magiczna. Znaleźliśmy na górze również coś, co od razu uznaliśmy za róg sygnałowy. Jednak jego uruchomienie nie było po tylu latach proste. Palenisko wciąż było drożne, po raz pierwszy od wielu wieków zapłonął w nim ogień. W czasie, gdy ja sprzątałem szczątki naszych krewnych, którzy przed wiekami zasnęli tutaj po raz ostatni, Loras-Gil przygotował nie tylko strawę dla nas, ale również jakąś tajemniczą potrawkę, której chciał użyć do przetkania starożytnego mechanizmu.
Sceptyczni?
No ja też nie dowierzałem. Ale jednak! Pobulgotało, pokotłowało się i przestało. Gdy zadęliśmy w róg po raz kolejny, cała okolicy wypełniła się jego czystym dźwiękiem. Jak się później okazało, że jego głos rozbrzmiewał nawet w twierdzy pod nami – gdy wracaliśmy natknęliśmy się na zaalarmowanych nim pobratymców. Była to świetna wiadomość – bowiem posterunek w tym miejscu pozwoli nam na kontrolowanie wielu naturalnych podejść w stronę naszej Twierdzy.
No, ale pora było ruszać dalej. Najedliśmy się i odpoczęliśmy, byliśmy więc gotowi. Korytarz po drugiej stronie półki prowadził łagodnie w górę. Pierwszym pomieszczeniem na które się natknęliśmy okazała się starożytna maszynownia. Żaden z nas nie jest inżynierem, ale wyglądała nam na za wielką, by obsługiwać tylko mechanizm windy. Jednak to zagadka, której rozwiązanie poznaliśmy o wiele później. W pomieszczeniu ustrzeliłem dziwną kreaturę, przypominającą elfa. Krwiożerczą, zaślinioną, bladą i ze spiczastymi uszami.
Od razu nabraliśmy czujności wiedząc, że w okolicy takie śnieżne elfy się kręcą. Ostrożnie ruszyliśmy głębiej.
Po krótkiej wędrówce naszym oczom ukazała się ogromna hala, otwarta na błękitne niebo. Mogłaby pomieścić tysiące stojących obok siebie krasnoludów. Otaczały ją wykute w skałach wnęki, niby zatoki dla wozów – jednak zadaszone przez skały i lepiej chronione. Posadzka niegdyś musiała być idealnie płaska, a ściany gładkie i strzeliste – teraz jednak pokrywało je nieco gruzów nagromadzonych przez lata.
Jednak to budowla pośrodku hali wzbudziła nasze zainteresowanie. Było to gniazdo, tak jednak wielkie, że pomieściłoby dwa stojące obok siebie wozy a nie tylko zwykłego ptaka. Ruszyliśmy w tamtą stronę, jednak na naszej drodze stanęło więcej elfów. Mieliśmy szczęście i nie używały łuków – udało nam się więc zabić kilka z nich, jednak ich przewaga rosła.
Gdy było ich już ponad ośmiu, to zgodnie z Księgą Praw ruszyliśmy w kierunku drogi powrotnej. Trzeba było ostrzec Karak! Właśnie ten moment na powrót wybrał sobie jednak lokator gniazda. Ogromny gryf wylądował ciężko, szybko jednak rzucił się w naszym kierunku. Elfy tchórzliwie uciekły, zostaliśmy więc sami przeciw ogromnej skrzydlatej kreaturze, której zęby dłuższe były od sztyletów. Nasze szanse nie wyglądały dobrze, zwłaszcza na otwartej przestrzeni. Wiedziałem, że obaj nie damy radę dobiec do korytarza – a Karak musiał się dowiedzieć o tym, co tutaj zaszło. Miałem nadzieję, ze Logas-Gilowi uda się ostrzec naszych pobratymców, a moje imię będzie pamiętane.
Nie przyszło mi jednak zginąć tego dnia. Kiedy ja, coraz bardziej wyczerpany wymieniałem ciosy z gryfem – a także z coraz większym trudem parowałem jego ataki – Logas Gil wrócił. W ostatniej chwili! Byłem już ciężko ranny, ledwo widziałem na oczy. Wypełniała mnie jedynie wściekłość i niemal na oślep uderzałem toporem w swojego przeciwnika.
Powrót przyjaciela ucieszył i oburzył mnie jednocześnie. Miał powieść wieści do Karaku! Jednak wrócił z kotłem pełnym potrawki, którą wcześniej ugotował. Nie wiem jak, ale rzucił całym kociołkiem w gryfa, oblewając jego skrzydła i szyję. Od razu zaskwierczało, a bestia rzuciła się w konwulsyjnym ruchu byle dalej od nas. Nie mogłem nie wykorzystać okazji! Skoczyłem zaraz za nim, siekąc go raz za razem.
Musiałem stracić na chwilę świadomość. Stałem z zakrwawionym toporem nad truchłem gryfa, podczas gdy spośród skał na powrót wyłaniać zaczęły się elfy. Byliśmy jednak ranni – a ich przewaga uzasadniała zmianę pozycji. Dobrze. Nie wiem, czy długo byśmy się utrzymali we dwóch. Trzeba było poinformować Karak o zagrożeniu!
Pędem rzuciliśmy się w stronę schodów. Na szczęście elfy zgodnie z ich parszywą tradycją pożywiały się na truchle gryfa – nie goniły nas więc. Myśleliśmy, że dopiero na dole będziemy mogli złożyć raport – los się jednak do nas uśmiechnąć. Już po drodze napotkaliśmy odsiecz, zwabioną na górę dźwiękami wielkiego rogu. Oni zajęli się czyszczeniem Górnej Hali, podczas gdy my udaliśmy się na zasłużone piwo. Beczułka dźwigana przez Logas-Gila na plecach po raz kolejny okazała się w naszych przygodach bezcenna.