VII. Odnaleziony Krewniak

Karak An rosło w siłę. Po zbadaniu pierwszych trzech poziomów krasnoludy miały aż nadto miejsca, by móc zajmować się rzemiosłem i wygodnie żyć w mieście swoich przodków. Z każdym tygodniem populacja się powiększała. Wieści o bogactwach twierdzy zaczęły wędrować po świecie skłaniając wielu krasnoludów, ludzi a nawet niziołków do wędrówki na południe i zachód.

Z czasem odbudowano kolejne domy. Ubytki w posadzkach zostały naprawione, a mosty wzmocnione. Przeczyszczono tunele wentylacyjne a w paleniskach na nowo zapłonęły płomienie. Po raz pierwszy od tysiąca lat w Karaku słyszano śmiech dzieci. To były dobre lata.

Jednak wiadomo, jak trudno zmusić krasnoludów do tego, by cieszyły się jedynie tym co mają. Nadejść musiała chwila, kiedy zapragnęły zejść jeszcze głębiej i wydrzeć swojej prastarej siedzibie kolejne sekrety. W tym czasie winda była już w pełni sprawna – sprowadzeni spoza Karaku inżynierowie nie tylko naprawili dawne mechanizmy, ale rozpoczęli kształcenie swoich czeladników, którzy mieli pozostać w Karaku i dbać o ich funkcjonowanie. Wreszcie można było zatem zjechać na poziom czwarty podziemny.

Długo trwały przygotowania. W końcu jednak Trzej byli gotowi. Zebrali oddziały zwiadowcze, zapasy i ruszyli w drogę na sam dół. Inżynier sterował pracą windy upewniając się, że w tę pierwszą podróż zjadą bezpiecznie. Jakież było ich zdziwienie, gdy na dole nie zastali poziomu podobnego tym, które odkryli wcześniej!

Długi korytarz pełen starożytnych posągów prowadził do obszernej sali, w której znajdowała się górująca nad nią twierdza. Nieco przypominała może Górną Warownię – nie była jednak otoczona dodatkowymi murami. Bezpośrednio w litej skale wykuto setki okien i olbrzymią bramę, od góry do dołu pokrytą runami. Trzej szybko odkryli, że każde okno zamurowane zostało – a bramy żadnym sposobem otworzyć się nie dało. Morgrim na wiele dni pogrążył się w badaniach nad pokrywającymi ją runami, podczas gdy Got-Bin i Got-Grom zebrali grupę górników, podejmując próbę przebicia się głębiej bezpośrednio przez lite skały.

Próżny to był jednak trud. Skały szybko zaczęły stawiać opór nieznanej natury. Kolejne narzędzia tępiły się i łamały, a górnicy mimo coraz intensywniejszych wysiłków przestali posuwać się do przodu. Magia która oplatała starożytne mury okazała się zbyt silna.

Morgrim odkrył, że powolne jej rozproszenie jest możliwe – ale może potrwać kilka lat. I będzie wymagało pomocy kogoś, kto jest w stanie aktywnie pokierować wiatrami magii oraz stworzyć syfon, który przyjmie nadmiarową moc i skieruje ją bezpiecznie w inne miejsce.

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Oto powiem u progu Karaku pojawił się gość o tyle niespodziewany, co zawsze mile widziany.

Karak-An odwiedził dawny przyjaciel Morgrima, Artur Schmidt mag z imperialnego Kolegium Metalu. Na myśl o wyzwaniu obu im zaświeciły się oczy. Całe lata poświęcili na łamanie prastarych zaklęć. Dzień w dzień pojawiali się pod Wrotami i forsowali założone niegdyś zabezpieczenia. Wielka moc przepływała przez ich ręce.

Got-Bin jak zwykle nie mógł doczekać się porządnej bitki. Zajął się więc szkoleniem kolejnych oddziałów. W tym to też czasie Got-Grom budował zręby tego, co dzisiaj nazywają Karakowym Korpusem Konsularnym. Sceptycznie podchodził do łamania zabezpieczeń z rozsądnego powodu założonych przez przodków – jednak został przegłosowany przez resztę Rady.

I tak oto kilka lat później, dokładnie w Noc Tajemnic Rada Czterech i czarodziej Artur Schmidt zebrali się przed Bramą. Ich ciała pokrywały magiczne symbole i wymalowane runy. Stanęli w wyrysowanym pieczołowicie kręgu, by wziąć udział w rytuale przygotowywanym od lat. Morgrima i Artura wysiłek o mało nie zabił – oni jako jedynie dokładnie widzieli, jak blisko porażki doprowadził ich rytuał. Jednak udało się!

Schmidt został poważnie ranny, gdy magiczny wir zmaterializowany nagle między nimi wypluwać z siebie zaczął fale magicznej energii – jednak jednocześnie pobierał ją prosto z run pokrywających bramę. I w końcu udało mu się złamać dawne zaklęcia. Wrota były otwarte!

Gdy Morgrim, Got-Bin i Got-Grom doszli do siebie, byli już w drodze do szpitala. Towarzyszący im oddział widząc co się dzieje, pośpieszył im na ratunek. Ich rany nie były jednak poważne – szybko odzyskali przytomność. Sytuacja Schmidta była poważniejsza. Oprócz nich do szpitala prowadzono jeszcze jednego krasnoluda – który jak im powiedziano wyłonił się zza Bramy gdy tylko ta stanęła otworem.

Brudny i zarośnięty ponad miarę nie przypominał żadnego ich pobratymca. Got-Grom słyszał plotki o krasnoludach, które przeżyły zagładę Twierdzy i dalej mieszkały w głębinach – jego myśli skierowały się więc właśnie ku nim. Oh, jakże przewrotny miał się okazać los!

Kolejne dni upłynęły Trzem na oczekiwaniu, aż ich goście się ockną. Czarodziej wrócił do siebie pierwszy. Słaby i niewyraźny, wracał jednak do zdrowia. Prawdziwym przyjacielem Karaku się okazał.

Jednak to losy krasnoluda bardziej zajmowały myśli Got-Bina i Got-Groma.

W końcu się przebudził. Wre Trzech pochylili się nad jego łóżkiem, by posłuchać historii o tym, skąd wziął się w Karaku. Zmysły nieznajomego dalej jednak zmącone były długą nieprzytomnością. Był wychudzony, a jego ciało pokryte bliznami. Pojony piwem i przednim miodem powoli wracał do siebie – ciągle jednak powtarzając, że Karak-An zostało stracone.

Utwierdziło to Got-Groma w przekonaniu, że to jeden z dawnych krasnoludów mocą samego Grungniego przy życiu utrzymany. Twardo po ziemi stąpający Morgrim uważał za to, że to jeden z migrantów dziwnym zrządzeniem losu znalazł nowe wejście do Twierdzy i zawędrował tak głęboko.

Obaj się mylili.

Z czasem bowiem umysł Nieznajomego stawał się coraz jaśniejszy. W końcu opowiedział swoją historię. Mówił o podróży do Góry i o odkryciu wejścia do Karaku. O stadzie orków, które zaatakowało garstkę obrońców. O swojej walce i niewoli. O hańbie, która go spotkała i o ucieczce, która w końcu się powiodła. O runicznej broni i o walce z wodzem zielonoskórych. O skavenach i o nieprzebranych hordach wrogów dalej wypełniających korzenie góry. O niewolnikach drążących potężne tunele i o podziemnej zagładzie czekającej wszystkie krasnoludy.

Trudno w to uwierzyć, ale nieznajomym okazał się zaginiony przed laty Norgrin!

Szok i niedowierzanie ogarnęły serca jego przyrodnich braci. Zaraz zastąpiło je jednak zwątpienie. Po tylu latach miałby się odnaleźć ten, który zawędrował z nimi przed laty?!

Morgrim długo nie chciał uwierzyć w historię tajemniczego krasnoluda. Gdy w końcu to zrobił, ogarnęły go żal i smutek. Hańba krewniaka przytłaczała go. Nienawiść do orków, którzy sprowadzili ją na niego wypełniała żyły czystym ogniem. Nienawiść mieszała się w nim ze smutkiem i goryczą.

Również Norgrin pojmował swoją pozycję. W końcu był krasnoludem. Trudno o hańbę większą, niż życie w niewoli u zielonoskórych. Serce jego wypełniała nienawiść i chęć zemsty.

Od nich czterech wszystko się zaczęło. I znowu we czterech byli razem. W ciszy Norgrin chwycił nóż i powoli golił głowę, podczas gdy wuj cicho łkał nad jego losem i jego hańbą.

Jednak dokonało się.

Norgrin straconym był dla krasnoludów – oby znalazł odkupienie w swojej zagładzie, wraz ze sobą zabierając tylu wrogów, ilu sam Grungni zabił w drodze do Wyrwy Chaosu.

Póki jednak ten dzień nie nastąpi, powrócił do Rady. A w głębi serca zarówno Morgrim jak i Got-Bin jak i Got-Grom cieszyli się z jego powrotu.

Jednak nowe niebezpieczeństwo w podziemiach zaniepokoiły ich poważnie. Wici rozesłane zostały do okolicznych twierdz, a oddziały zwiadowcze posłane w głębiny. Krasnoludy gotowały się na wojnę.