IV. Niespokojny Zabójca

Czas mijał nieubłaganie, a Krasnoludom szybko zbrzydła Górna Warownia. Po zabezpieczeniu zapasów żywności i nawiązaniu pierwszych relacji dyplomatycznych – a trzeba Wam wiedzieć, że wtedy nikt jeszcze nie myślał o Korpusie Konsularzy, więc naprawdę zawierano sojusze – liczba mieszkańców powoli zaczęła rosnąć. Na początku każdy znalazł sobie jakiś kąt w warowni. Uruchomiono pierwsze kuźnie, odbudowano bramę, naprawiono ubytki ww murach. Twierdza znów mogła być chlubą dzielnych Krasnoludów. Jednak wraz z każdym kolejnym mieszkańcem Karaku, coraz silniej w sercach Czterech odzywał się zew Góry. Najwyższa to była pora, by zejść w głębinę i odkryć dawno zapomniane cuda i skarby. 

Ale oto kolejna przeszkoda.

W Warowni rzeczywiście znajdowały się wielkie wrota prowadzące w głąb góry. Niemałym trudem udało się je pokonać tylko po to, by odkryć ziejący pustką szyb. Kiedyś pełen był wind – mniejszych i większych – umożliwiających transport setek krasnoludów i całych wozów wyładowanych towarami. Teraz po tych cudach pozostały jedynie prastare mechanizmy, przerdzewiałe łańcuchy i ślady dawnej świetności. Kilka dni zajęło najzręczniejszym spośród Krasnoludów zbudowanie prowizorycznej przeprawy. System kładek i drabin umożliwił dotarcie do poziomu -1 – chociaż nie była to wyprawa ani prosta, ani przyjemna. Samo przerzucanie zapasów, których mogłaby potrzebować Pierwsza Ekspedycja Głębinowa trwało kilka godzin. 

Czego to oni nie zabrali… Prowiant, zapasy miodu i piwa, setki metrów lin, haki, sterty broni… Chyba jedynie dział im brakowało – a i to pewnie jedynie z braku funkcjonujących wind. Jednak w końcu byli gotowi, a ich oczom ukazał się poziom Pierwszy Podziemny. Pierwsi oczywiście wyprawili się Trzej – Norgrima wciąż nie znaleziono i uznano już za zmarłego w boju, nie chciano jednak zbyt szybko zastępować jego miejsca w Radzie – z bronią w gotowości jako pierwsi od tysiąca lat postawili stopy w dawnym krasnoludzkim królestwie Karak An. 

Co zobaczyli?

Poziom był ogromny! Gdy tylko opuścili krótki korytarz prowadzący do windy ujrzeli jaskinię większą, niż mogli to sobie wyobrazić. Jak okiem sięgnąć pełną rozmaitych zabudowań. Stali u progu łagodnego naturalnego wiaduktu prowadzącego w dół, prosto do jaskinii którą ujrzeli. Wystarczająco szerokie, by obok siebie pomieściło się na nim kilka wozów. Droga kończyła się rozległym placem, otoczonym budynkami, które niegdyś musiały być magazynami, urzędami celnymi i karczmami. Jednak to był dopiero początek cudów tego Poziomu. 

Dalej, jak okiem sięgnąć znajdowały się kolejne place i kolejne zabudowania. Jaskinia usiana była ogromnymi stalagnatami, w których wybudowano krasnoludzkie siedziby. Inne zbudowano wokół tamtych tworząc ongiś gęsto zaludnione miasto – zdolne podjąć setki, jeśli nie tysiące kupców i wędrownych rzemieślników. Place otaczały setki kramów, cichych i opuszczonych teraz – na których handlowano kiedyś towarami pochodzącymi z każdego zakątka świata. 

Kiedyś podziwiano tutaj kunsztowne dzieła krasnoludzkich rzemieślników. Przymierzano pancerze, próbowano broń. Oczy cieszyły piękne klejnoty i misterne wyroby złotników. Hale rozbrzmiewały delikatnym dźwiękiem kunsztownie wykonanych instrumentów muzycznych. Gościnne wnętrza karczm zachęcały do chwili wytchnienia. Dzisiaj Hale były puste i ciche – a jednak wciąż piękne. 

Trzech spędziło wiele godzin, eksplorując opuszczone wnętrza. Zabili kilka pająków – zdaje się częstych lokatorów Karaku – oraz snuli pierwsze plany na temat przyszłości swojego ludu. Jednak nie mogli opędzić się od myśli, że nie są sami w podziemiach. Bardziej przeczucie niż rzeczywista pewność nie opuszczało ich, mimo upływającego czasu. Czasami kątem oka dostrzegali jakiś błysk. Innym razem, widmową sylwetkę, która znikała tak szybko, jak się pojawiła. Karak wydawał się miejsce równie tajemniczym, co w legendach. 

To był czas pierwszych odkryć i znalezisk. Got-Groma wzruszenie chwyciło za serce, gdy po raz pierwszy przekroczył próg dawnego Centralnego Urzędu Celnego. Got-Bin znalazł magazyny wypełnione skrzyniami pełnymi instrumentów muzycznych. Morgrim zadumał się nad kunsztem dawnych budowniczych, którzy tak sprawnie połączyli skałę ze swoim budownictwem. Dość rzec, że Trzej zadowoleni byli z tego, co znaleźli. Mając tak wielką przestrzeń do dyspozycji, ich lud mógł rosnąć i się rozwijać. 

Nie dawała im jednak spokoju widmowa sylwetka, która uparcie migała im od czasu do czasu w ciemnościach. Jak większość zagadek, ta również jednak wyjaśniła się sama. Gdy Trzej wrócili do swojego obozu, ich oczom ukazała się zjawa!

I to nie byle jaka zjawa! Z pewnością za życia widmowa postać była krasnoludem. Niewysokim, ale za to barczystym. Mimo, że niemal przezroczysty i emanujący zielonkawą poświatą, nawet w tym stanie czuł zdobiący jej głowę wydawał się wściekle pomarańczowy. Przed trzema unosił się duch zabójcy! Wielkie pięści i szramy widoczne na widmowy ciele świadczyły, że długo szukał swojej zagłady, zanim w końcu go spotkała. 

Serce Morgrima wypełnił żal, że nawet w śmierci jego krewniak nie znalazł odkupienia. Również siostrzeńcy jego zapłakali w duszy nad losem umęczonego widma. To jednak przemówiło. 

Opowiedziało Trzem nie tylko o ostatnich bitwach w Karaku, ale również o swojej ostatniej walce. 

Otóż nie tylko zielonoskórzy nacierali w danych siedzibach ich przodków! Oprócz nic w ataku wziął udział demon! Prawdziwa bestia chaosu, zguba krasnoludów i pradawny mrok. Co więcej szkarada ta wdarła się w samo serce krasnoludów – nie zginęła przez te wszystkie lata, jednak poświęceniem zabójcy uwięziona została w komnacie przodków!

Morgrim, Strażnik Tradycji pierwszy zagrzmiał, że Zabójcę trzeba od jego losu uwolnić, a demona usiec. Got-Bin szybko mu zawtórował, jedynie najrozsądniejszy a przy tym w rodzinie najostrożniejszy Got-Grom próbował ich namówić do opamiętania i zebrania większych sił. 

A jednak ruszyli!

Prowadzenie przez widmowego Zabójcę pokonywali kolejne korytarze i przejścia. Sami szukaliby Komnaty przez wiele dni, podczas gdy prowadzenie przez kogoś, kto w tych kamiennych salach spędził niemal wieczność trafili do niej jak po sznurku. Ich oczom ukazał się obraz jednocześnie piękny i ohydny. 

Otóż w wielkiej okrągłej sali stało dwanaście posągów – każdy wykonany z innego metalu i każdy przedstawiający jednego z wielkich przodków. W mroku matowo lśnił nawet gromril, z którego zbudowano jeden z monumentów!

Jednak oprócz posągów sali było coś jeszcze. Atmosfera śmierci. Pachniało krwią, a salę wypełniało morze czaszek – należących do orków, ludzi i krasnoludów. To właśnie z nich wygrzebywał się właśnie demon. Wielkością nie ustępował wiele posągom, wśród których spędził setki lat. Jego wielkie skrzydła zdawały się emanować ciemnością. U jego stóp leżało ciało Zabójcy, który oddał życie, by go powstrzymać – a jednak nie znalazł spokoju. Nie, póki demon plugawił swoją obecnością tę świętą salę. 

Każdy z trzech inne miał talenty i temperament. 

Got-Bin po raz kolejny pomyślał, o sprowadzeniu posiłków. Płynęła w nim krew żołnierza. Błyskawicznie potrafił oceniać szanse i nie chciał ryzykować głupio.Lepiej poczekać, ale zwyciężyć – by i nazajutrz móc walczyć z wrogami. 

Morgrim wierny tradycjom nie oglądał się na własne życie. Dzierżąc runiczny topór pierwszy skoczył w stronę demona, wykrzykując prastare krasnoludzkie błogosławieństwo i gotując się na straszne starcie. 

Got-Grom z początku najmniej chętny do bitki również nie wytrzymał widząc splugawienie, które zalęgło się w Sali Przodków. Unosząc Pana Magistra zakrzyknął „Tak się nie godzi!” I wraz z bratem również ruszył do boju. 

Ciosy, które wymieniali walczący zdolne byłyby powalić dowolnego człeczynę, czy elfa. Furia urażonych krasnoludów ścierała się z plugawą wolą demona, który zbyt już długo okupował te święte sale. 

Trzech chyba nigdy nie było tak blisko śmierci jak wtedy, na początku swoich rządów. Jednak tego dnia zgładzili demona. Mało jest już krasnoludów, którzy mogliby się poszczycić podobnym osiągnięciem. Potwór został zniszczony. 

Zabójca znalazł spokój. Na oczach Morgrima, Got-Bina i Got-Groma wyruszył do Hal Grungniego. Jego ofiara została doceniona. Odkupił swój honor. 

A Pierwszy Podziemny wkrótce potem na powrót rozbrzmiał dźwiękami młotów i śmiechem krasnoludów.