II. Bitwa o Przeprawę

Powiadają, że prawdziwego niebezpieczeństwa nie zwiastują dźwięki rogów. Że sączy się niezauważone, zatruwając serca i umysły. Że nie ma nic wspólnego z bronią, czy zbrojnym napadem. 

Głupcy. 

Nie ma problemów, których nie rozwiązałby odpowiednio ostry topór i ramię, które go dzierży. Posłuchajcie o Bitwie o Przeprawę. Pierwszym militarnym zwycięstwie Rady Czterech. Wydarzeniu, które sprawiło, ze Karak-An jest miejscem, które znacie dzisiaj. 

Wiemy już, że Morgrim, Nor-grim, Got-Bim i Got-Grom natrafili na swojej drodze na wiele niebezpieczeństw. Nie wystarczy czasu ani piwa, by opowiedzieć Wam o wszystkich. Wystarczy rzec, że pierwsze dni w Karaku upłynęły im na walce z ogromnymi pająkami i odkrywaniu tego, co zwiemy dzisiaj Twierdzą Górną. Cóż to był za czas! Kilkunastu krasnoludów, przeciwko hordom pająków tak wielkich, że każdego z nich mogłyby połknąć w całości. Nie brakowało krwi, łez i potu. Jednak z każdym kolejnym truchłem, które padało na posadzkę Wielkiego Holu poziom zero stawał się bezpieczniejszym miejscem. 

Nie każde zagrożenie jednak można zauważyć tak łatwo, jak mierzącą ponad cztery metry kreaturę. Czy słyszeliście o niebieskiej pleśni?

To rodzaj głębinowych grzybów, które z czasem zaczynają porastać dawne krasnoludzkie siedziby. Nasi śmiałkowie dopiero w podziemiach Karak An spotkali się z plagą, rzadko kiedy opisywaną w legendach. Być może niesłusznie? Wiedza i doświadczenie przodków to ważne przesłanie. Opoka, na której każdy krasnolud może budować swoje życie. Może, gdyby kronikarze częściej wspominali o zarodnikach, których obecność dorosłego krasnoluda może szybko pozbawić czucia, oszczędziliby wielu trosk wyprawom podobnym do tej prowadzonej przez Czterech. 

Jednak nie wiedząc co ich czeka, bliscy byli rozpaczy – gdy jeden z nich, mimo doświadczenia i najlepszego ekwipunku, jaki zapewnić mogło mu krasnoludzie rzemiosło legl pozbawiony zmysłów i wymagał pomocy swoich krewniaków. Udało się jednak postawić go na nogi. W dobrym momencie. 

Oto bowiem kolejna przeszkoda, z którą lost zetknął Czterech. 

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że Karak obsadzało tedy  nieco tylko więcej niż tuzin krasnoludów. Zawsze możecie wrócić się przed warownię i spojrzeć na pomnik. Tam w twardym marmurze wyryto ich sylwetki. Chociaż, jeśli mnie pytacie, to bardziej niż pomnik uradowały ich zwolnienia od podatków, którymi cieszyli się potem…

Ale nie o tym mieliśmy rozmawiać. Przeszkoda na drodze Czterech. 

Dzisiaj wiele poziomów Karaku pełnych jest gwaru i pracy krasnoludów – ale to były ich pierwsze dni. Kiedy więc dostrzeżono nadciągające stado orków, mieszane uczucia zagościły w sercach krasnoludów. Z jednej strony chęć do bitki i pomszczenia kilku chociaż spośród krzywd, które zielonoskórzy na przestrzeni lat nam wyrządzili. Z drugiej – ostrożność godna wodzów całęgo plemienia. Młodość i gorąca krew zwyciężyły. Główna brama nieuzbrojona wtedy jeszcze była, a orków obozowało pod nią ponad dwie setki – Czterech zdecydowało się zatem wydać im bitwę w środku – pod samą Górną Warownią. Pierwszy zaatakować miał Nor-Grim, nie siłą swego ramienia przecie, a sposobem. Inżynier to pierwszej klasy, przygotował zatem szereg śmiercionośnych pułapek, które szeregi orków miały przerzedzić. Reszta bitwę miała im wydać u stop Twierdzy – tam, gdzie Rozpadlina przecina Główny Hol.

Grungni jednak tego dnia patrzył w inną stronę. Zmyślne pułapki nie zadziałały tak, jak powinny – a orki szybko odcięły Nor-Grina wracającego do Twierdzy, by swym Kijem Grzmotów wesprzeć gotujących się do walki towarzyszy. Pieśni mówią, że wielu orków padło tego dnia u jego stóp. Najmłodszy jednak spośród Czterech nie wrócił jednak do domu, nie napił się piwa z przyjaciółmi. Chociaż jego ciała nigdy nie znaleziono, nikt nie miał wątpliwości: złożył swój żywot za Karak i za swoją rodzinę. Jego poświecenie sprawiło, że udało odnieść się zwycięstwo. 

A jeśli o zwycięstwie mowa, to nie przyszło ono łatwo. Orków do Karaku wdarło się dobrze ponad dwie setki. A nieco tylko ponad tuzin krasnoludów czekało, by stawić im czoła. Mimo, że siły były zatem wyrównane, losy Kraku stanęły na ostrzu topora. Nie po to jednak Czterech otworzyło starożytne bramy po raz pierwszy od kilku setek lat, by poddać się w godzinie próby. 

Zielonoskórzy nie spodziewali się obrony, którą naprędce przygotowali nasi pobratymcy! A czego tam nie było… W ciągu tych kilku godzin, które mieli przed atakiem zbudowali miny, naprawili jedną z armat strzegących niegdyś Twierdzę, wyposażyli kuszników w płonące bełty… A to tylko początek. Dość powiedzieć, że szturm orków natrafił na niemały opór – mimo, że zabrali ze sobą maszyny oblężnicze. 

Tchórze.

Podczas gdy Got-Grom wraz z kusznikami zasypywali nieprzyjaciela ogniem, przy okazji paląc jego prymitywne przeprawy przerzucone przez rozpadlinę, Morgrim i Got-Bin własnymi toporami tarasowali wejście do Warowni. Brama dopiero miała zostać przekuta i osadzona na nowo. 

Co to była za walka!

Wuj i jego siostrzeniec, ramię w ramię – a przed nimi rosnący z każdą chwilą szaniec trupów. Powiada się, ze gdy walka chyliła się ku końcowi obaj po kostki stali w rzece orczej juchy. 

Truchło jednego z goblinów jeszcze przez wiele lat tkwiło wbite w mury, ponad bramą wejściową – na pamiątkę tych wydarzeń. Wtedy też zbudowano pomnik obrońców. Zdobi Główny Hol, każdemu podróżnemu przypominając, ile krwi i potu kosztowało zbudowanie tego, czym Karak-An jest dzisiaj. 

Spytać możecie, czy rzeczywiście walczyli sami? Otóż tak. Gdy Morgrim zabił wodza bandy, Got-Grom wraz z kusznikami zniszczył ostatnią maszynę oblężniczą a Got-Bin ze swym bojowym okrzykiem rozgromił ostatnią grupę nieprzyjaciół w Karaku zabrzmiały rogi. Dopiero wtedy nadciągnęła odsiecz. Ale czy na pewno odsiecz? Co ludzie robili w Kkarak-An? Dlaczego pomyśleli, że ot tak mogą przekroczyć bramy i nie podzielić losu orków? Dolejcie mi piwa, a chętnie wam opowiem.